Miłego czytania życzę!~
***
Roy Mustang jak zwykle siedział w swoim gabinecie, otoczony potężną stertą papierów. Jego długie palce, odziane w rękawiczki stukały w blat stołu, wyrażając zniecierpliwienie z każdą chwilą narastające w mężczyźnie. Hawkeye usiłowała go uspokoić, jednak tym razem nawet ona nie potrafiła nic zdziałać. Edward Elric, Pełnometalowy Alchemik, po prostu ich załamał.
- ...Ale to znowu była podróbka. Ch-cholera, przepraszam. Gdyby to zależało ode mnie już dawno bym go odnalazł! - Powiedział głośno chłopak, akcentując dosadnie ostatnie zdanie. W tym momencie mówił wszystko, co wpadło mu do głowy. Nie lubił, kiedy musiał się tłumaczyć. Nie lubił kiedy musiał uciekać. I faktycznie, zazwyczaj potrafił stawić czoło każdej sytuacji. Nie bał się praktycznie nikogo i niczego. Nikogo poza pewnym pułkownikiem.
- Podróbka, tak? Która to już w tym roku, hm? - Wbił w blondyna spojrzenie, wyrażające głównie poirytowanie. Poza tym uczuciem w jego oczach tlił się gniew, a także iskierki...chęci podjęcia wyzwania? Rywalizacji? Chyba można to tak nazwać. - Dobra, mam dość Twoich tanich wymówek Stalowy. Oddaj zegarek.
- Mhm. - Burknął tylko pod nosem i wyjął go z kieszeni spodni. Tęsknie spojrzał na ten, wyrobiony z drogich metali przedmiot. W tym momencie niewiele znaczyła wartość materialna. Zegarek nie stanowił dla Eda tylko głupiej przepustki czy czegoś, udowadniającej jego status. Wskazywał on raczej drogę jaką pokonał. Cały trening, wchłanianie grubych ksiąg o transmutacji, rozwój w alchemii oraz marzenia związane z przywróceniem komuś tego, co zostało mu odebrane. A teraz bez niego, nie mógł się ruszyć, iść dalej. Zacisnął palce w pięść i uderzył nim mocno o blat biurka, tuż przed brunetem - Zadowolony?!
Ten aż odchylił się na krześle i zerknął zdziwiony na swojego pyskatego rozmówcę.
- Nigdy nie jestem zadowolony, gdy muszę zwolnić zdolnego alchemika. - Rzekł oschle, wracając do zajmowanej wcześniej przez siebie pozycji. Mimo negatywnie nacechowanych słów, kąciki jego ust uniosły się ku górze. Czuł się wyjątkowo usatysfakcjonowany. Za to młodszy aż kipiał ze złości. Nie potrafił zrozumieć o co temu idiocie chodzi. Ponad to miał ochotę go uderzyć. Protezą. W twarz. Czasami tak bardzo go irytował, że nie umiał patrzeć na tę (piękną, bo piękną, ale...) straszliwą twarz. Najbardziej jednak wyprowadzał go z równowagi ten cyniczny, prowokujący, kpiący uśmiech. Często nieodpowiednio zachowywał się przy jego osobie. Wszystkie nerwy się wzmagały, emocje szalały. A teraz nie wiedział czym należy go przekonać, jak się odezwać.
- Więc skoro nie chce odesłać mnie pan ze służby, jaki jest tego cel? Proszę oddać mi zegarek, a ja obiecuję kontynuować poszukiwania oraz badania nad Piątym Żywiołem. Ja na prawdę... - Wziął głęboki oddech. Po tym wszystkim nie dałby rady stanąć w miejscu. A bez pozycji Stanowego Alchemika nie zrobiłby nic na skalę krajową, jeżeli chodzi o kamień filozoficzny. - Zrobię wszystko, by spełnić swoje marzenia!
Możliwe, iż potraktował całą sytuację zbyt poważnie. Możliwe, że zbytnio dramatyzował. Chociaż kiedy wykrzyczał to zdanie dał czarnookiemu coś do zrozumienia. On nie wygra - a gdy mówimy o wygrywaniu, to chyba mamy na myśli jakiś zakład lub rozgrywkę. W złotych oczach blondyna lśniła determinacja, a na twarzy wykwitł uśmiech. Jego mina mówiła "Nigdy z tobą nie przegram!"
- Czyli chcesz powiedzieć, iż zrobisz wszystko, żeby mieć prawa Państwowego z powrotem? - Zapytał chcąc się upewnić czy jego plan zmierza w dobrym kierunku. Napięcie wzrastało, a w powietrzu można by wyczuć jakiś podstęp lub podobnego rodzaju gierkę.
Riza dokładnie obserwując swojego przełożonego, uświadomiła sobie co się stanie. W tym momencie wybiła jej ukochana godzina, uśmiechnęła się i sięgnęła po swój płaszcz.
- Przepraszam, muszę panów opuścić. Nie potrzebuje pan już pomocy przy wypełnianiu tych akt i dokumentów? Zostało ich trochę, chociaż to tylko nużąca robota, nic trudnego. - Informowała go o wszystkim dokładnie w międzyczasie zapinając ubranie. - Proszę was, by został tu ład i porządnek. Nie wszczynajcie awantura czy kłótni. Zero bójek, z resztą dziś pada deszcz, dlatego chyba jest pan świadomy swojej bezsilności. Dobrze...Porzucznik Hawkeye odmeldowuje się!
***
- Wracając do pańskiego pytania... Owszem. Zrobię wszystko. Tylko liczę, że na koniec również dotrzyma pan obietnicy, to znaczy odda pan to, co do mnie należy.
- Oczywiście, za kogo ty mnie masz? Hm...Interesująco. W takim razie powinieneś zyskać swój tytuł i zegarek, po poprawnym wykonaniu mojego rozkazu.
- Wykonam każdy, nawet najdziwniejszy! Ciekawi mnie, co pan dla mnie wymyślił - Na przekór wszystkiemu, pokazał swój szeroki uśmiech. Uścisnęli swoje dłonie na znak przyjętego "układu".
Mustang podniósł się z fotela, przeczesał dłonią włosy i spokojnym krokiem podszedł do młodego alchemika. Był pewien, iż blondyn zareaguje tak, a nie inaczej. To przecież bardzo uparty chłopiec, chcący zawsze dopiąć swego. Brunet wiedział: "Tą grą osiągnę swój cel". Planował to od dłuższego czasu, a teraz nadarzyła się ku temu okazja. Obszedł niskiego kilka razy dookoła patrząc na niego z góry. Niespodziewanie klepnął go w tyłek.
- Co to do cholery jasnej miało znaczyć, Roy?! - Krzyknął zupełnie jak przy reakcji na słowo "mały". Chociaż nie, to chyba coś bardziej poniżającego. Poniżającego, dziwnego oraz w pewien sposób idiotycznego. Poczuł jak na twarzy robi się czerwony. Boże, dlaczego akurat w tej sytuacji musi mieć tę komiczną minę. Przecież to tylko pułkownik.
- Tak po imieniu, Stalowy? Chyba bardzo nie chcesz wygrać naszego małego zakładu...
- Więc słucham, co mam zrobić? - Zacisnął zęby. - Dołączę teraz do grona Twych wiernych fanek czy haremu w miniówkach? Nie, żeby coś, ale nie jesteś...
- Starczy tego, pokurczu. Możesz mówić mi "Królu i Władco", "Lordzie" lub "Panie pułkowniku" - Każdy z wymienionych tytułów dosadnie zaakcentował.
- Super, super, tylko... KOGO NAZYWASZ POKURCZEM MNIEJSZYM OD ZIARENKA RYŻU?!
Teraz pułkownik powstrzymywał się, by nie wybuchnąć chorym śmiechem. Bawiły go te na swój sposób urocze reakcje chłopaka. Ten rumieniec, kompleksy, pyskate wypowiedzenia.
- Hm... Potrzebuję kogoś zaufanego, komu mógłbym powierzyć pomoc w biurze i w domu, a przy okazji byłby osobą do towarzystwa. - Nie skomentował bulwersu Edwarda.
- Myślałem, iż pani Hawkeye ma Cię na oku w pracy. I czemu akurat ja? Jestem mężczyzną, nie widać? - Tak, bulwers to trafne określenie. Kiedy rozmawiał ze swoim przełożonym nie umiał trzymać nerwów na wodzy. Odczuwał ogromną chęć rywalizacji, a w efekcie utarcia mu nosa, pokazując kto ma władzę. - I co ma znaczyć "do towarzystwa"? Chyba myli pan sobie pojęcia, bo ja to nie jakaś dziewoja w sukience, tylko Stanowy Alchemik.
- Przykro mi, TERAZ nie możesz tak o sobie mówić. Będziesz nim znów, JEŻELI TYLKO podołasz warunkowi. - Odparł kładąc odpowiedni nacisk na każde słowo. Pominął za to tę część, na której Edowi zależało najbardziej.
- Więc jaki warunek stawia pan dziś, panie pułkowniku? - Rzekł, niestety, bardziej ułożonym i grzecznym tonem. Przypomniał sobie. Teraz Mustang rozdaje karty. Ubodło to trochę jego dumę, w sumie lekko naruszoną, przez dzisiejsze sytuacje.
- Od razu lepiej. - Powiedział zadowolony z faktu, iż jego podwładny przymknął swoją niewyparzoną buźkę. - Zaczniesz od jutra, stawisz się o godzinie osiemnastej w moim mieszkaniu. Przygotowałem coś dla Ciebie. A...Weź też jakieś rzeczy, bo trochę u mnie pomieszkasz.
- Co pro... - Już chciał mu pyskować, ale wiedział, co ma być podstawą jego sukcesu. Przede wszystkim opanowanie. - Przepraszam. Tak jest panie generale.
W momencie, kiedy Stalowy wypowiadał "generał", uśmiech czarnookiego wydał się milszy, bardziej przyjazny. Wrażenie to znikło po pewnym czasie.
- Teraz możesz już odejść, mam parę spraw do załatwienia. - Kiwnął ręką w stronę wyjścia i zasiadł za swym ukochanym biurkiem.
- Edward Elric odmeldowuje się! - Mówiąc to żołnierskim głosem, obrócił się na pięcie, po czym, ku zaskoczeniu bruneta, trzasnął mocno drzwiami.
Kiedy wyszedł z tego pomieszczenia, jego nogi stały się jak z waty, a dłonie drżały. Wszystkie sztuczne emocje spłynęły po nim razem z zimnym potem. Teraz, w czterech ścianach swojego pokoju, mógł być sobą.
***